﻿<title_newspaper=”Trybuna Ludu”> 
<title_article=”Nim ruszy wielki piec”> 
<author_1=”M. Kowalewski”>
<author_2=””> 
<language=”pl”> 
<style=”press”>
<year="1954">
<month="7">
<date=”1954-07-15”>
<period=”d”>
<status=”1_obieg”>
<support=”paper”>
Od wielkiego pieca biegnie niby ogromna podpora skośny pomost wyciągu skipowego. Gdy stawiali pierwszy piec w hucie „Kościuszko” — a inż. Kunz był wtedy dyrektorem inwestycyjnym tej huty — to było całe wielkie zagadnienie, samo w sobie: jak montować ten wyciąg. W całości? W częściach? Jak go podnosić? Potem przyszedł piec C „Kościuszki”, potem dwa piece na „Bierucie”, wreszcie tutaj — i ot, montuje się wyciąg całkiem po prostu. Zwyczajnie, montuje się tak, jak przykręca się śruby czy reguluje panewki.
Spojrzał prostopadle na dół, rozejrzał się po najbliższych konstrukcjach odpylników, elektrofiltrów. Tam wszędzie ruch panował największy. Dziesiątki i setki ludzi miało pilne, terminowe zadania, biegali inspektorzy, zbierały się komisje odbiorcze, brygadziści i kierownicy miętosili w kieszeniach listy usterek, przez te komisje sporządzone. (Listy „A” — natychmiast do usunięcia i „B” — nieco później). Zżymali się na nie („psiakrew, czy od tego spawu zależy uruchomienie pieca?”) — ale w duchu przyznawali im słuszność i dawali lecenia swoim ludziom. Pracowały grupy rozruchowe, równano teren, układano chodniki, niesiono butle tlenu, dźwigano jakieś blachy. Kolos mostu przeładunkowego sunął majestatycznie i przesypywał rudę, wzbijając obłok czerwonego pyłu.
Ku nim wszystkim począł inżynier Kunz schodzić. Gdy mijał pomost, na którym przed paroma minutami rozmawiał był z Wilkiem, zobaczył, że mistrz przeciska się przez wąską gardziel rury i czepiając się liny, spuszcza w głąb pieca.
Dzwon ciągle nie pasuje 
Ale nie pomogły ciągłe próby, oględziny, pomiary. Dzwon, diabeł złośliwy, ciągle nie zamykał się równo.
Siedział już przy nim inż. Kitliński przewodniczący komisji odbiorów na wielkim piecu, a w przyszłości kierownik ruchu tego rejonu: siedział inż. Koźmiński, zastępca dyr. Kunza, głowili się i inni inżynierowie i technicy. Mijały godziny, minęła pora obiadu, deszcz lunął krótki ale rzęsisty, letni. Liczyli i mierzyli, dyskutowali, sprawdzali dokumentację. Nadchodziła noc. Zostali. Został tow. Kitliński. został technik Maj i kilku innych.
 </support> 
</status> 
</period> 
</date> 
</month> 
</year> 
</style> 
</language> 
</author_2> 
</author_1> 
</title_article> 
</title_newspaper>
